wtorek, 12 grudnia 2017

Bantayan. Zycie

 Teraz może coś bardziej o nas :)



W poprzednich wpisach było o przeprowadzce, a teraz będzie o naszych smutkach i radościach dnia codziennego. Nie do końca jestem pewny czy przejdzie to przez mojego recenzenta (czytaj żonę) ponieważ mogą tu być bardzo osobiste wyznania.

Zadajcie sobie dwa pytania:

Czy mając taką możliwość ( wiadomo że chodzi o kasę) zaryzykowalibyście i wyjechali tak jak my ?
Czy zrezygnowalibyście z tego co mieliście i zamienili na w 100% gorszy standard ?

Odpowiem za was na podstawie własnych obserwacji, a jak wiecie dwa lata w podróży za nami.
Jak sięgnę  pamięcią do rozmów z turystami i znajomymi to może na taki krok zdecydowałoby się 1% ludzi z naszego otoczenia i może 3% czytających  moje wywody. Bardzo często podstawowy powód to rozłąka z rodziną, a raczej z rodzicami i rodzeństwem bo swoją najbliższą rodzinę (żona, dzieci) zabieramy (oczywiście nie wszyscy wożą drzewo do lasu, ale ten post nie jest skierowany do nich).  Wiadomo też prawie każdy (pomijam jednostki) z nas boi się zmian w swoim życiu. Małe zmiany takie jak zmiana szkoły, a później pracy akceptujemy bo tego nas uczono i do tego przywykliśmy, ale nikt nie nauczył mnie, ciebie, nas czy was że można wywrócić swoje życie do góry nogami. My zaryzykowaliśmy bo mieliśmy takie marzenie. Jak byśmy zostali w Polsce pewnie mieli byśmy więcej (money), ale tu mamy życie i czas dla siebie. Żyjemy w o wiele skromniejszych warunkach niż w kraju, ale jest to cena którą jesteśmy gotowi ponieść za możliwość życia bliżej siebie.Szansa na to że nasze córki wrócą do polski jest taka jak wasza na wyjazd tutaj. Czyli chęci są, działania brak :) Ale żeby nie było tak ładnie i słodko jak wam się wydaje to napisze wam że nasze dni też upływają czasami w sielskiej atmosferze a czasami w paskudnej. Dzieci wiadomo chodzą do szkoły, a to oczywiście generuje mniejsze lub większe problemy. I tu dobrym przykładem jest Lena nasza młodsza córka. Przyjeżdżając tutaj poznając dzieci i szkołę była zachwycona, lecz po dwóch może trzech tygodniach stwierdziła, że jednak szkoła jest bee ponieważ po pierwsze jest po angielsku, który u niej zaniedbaliśmy totalnie. A inne zajęcia są po Filipińsku a to już w ogóle czarna magia. Wiec czasami u nas także dzień zaczyna się od płaczu. Nie poruszam tematu starszej córki bo tu to już zaczynają hormony rządzić wiec jest ciężko. Na  nasze usprawiedliwienie napisze tylko że bez zbędnego gadania zgodziliśmy się na korepetycje dla obu córek, młodsza wiadomo angielski i trochę filipińskiego w trzech odmianach, a Karolina od razu poprosiła nas o korepetycje z Filipińskiego. Ponieważ jest tak ambitna że jak słyszy swoje imię z ust koleżanek mówiących po filipińsku to już wie że plotkują o niej, a ona musi wszystko wiedzieć :). Koszty to 100 peso za godzinę  czyli jakieś 7,5 zł za profesjonalną nauczycielkę :) To już nie jest Kokomen który nas uczył za butelkę Coca coli poprzednim razem ale i przekaz wiedzy jest zupełnie inny. Zyskujemy i my ponieważ chcąc nie chcąc przeglądamy zapiski dziewczyn, a czasami gdy Lena jest już zmęczona korzystamy z pozostałego czasu i uczymy się kilku wyrazów lub zwrotów.




Naszą radością dnia codziennego jest np; tutejsza pogoda. Czy możecie sobie wyobrazić że codziennie korzystacie z maski i rurki (nie, nie w szpitalu żeby przyjąć tlen i kroplówkę) tylko żeby rzucić się w otchłań morza którego temperatura rzadko spada poniżej 30 stopni? (no dobra kto tu był to wie że na Bantayanie pod wodą niewiele się dzieje, ale ćwiczyć kondycję  trzeba bo czasami się przydaje:) ) 

Są też dni deszczowe, ale one przynajmniej pozwalają pooddychać pełna piersią bez wrażenia że wciągamy żar do płuc. Napisać też muszę że na tej wyspie mamy wyjątkowo dobre polskie towarzystwo. Mieszka nas tu teraz dokładnie 13 + 2 naszych dzieci w porywach do (i tu nie mogę podać dokładnej liczby ponieważ nigdy nie wiemy ile osób przyjedzie ) w okresie zimowym. I co by  nie pisać atmosfera jest jak w domu wielorodzinnym wszyscy się kochają ale unikają. He He to tylko rym krakowsko-częstochowski rzeczywistość jest zgoła inna. Wszyscy starają się trzymać razem choć to wcale nie oznacza że widujemy się codziennie, pijemy do upadłego i pożyczamy wzajemnie kasę. Spotkania są spontaniczne, niewymuszone w miejscu i czasie dogodnym dla każdego.

O tym jak wygląda zwykły dzień  to już może nie będę was zanudzał, ale wspomnę tylko że dzień tz: tych nie pracujących jest całkowicie inny od tych którzy jednak prowadzą tu jakiś biznes. Ale to chyba logiczne :) choć przyznać też muszę że wcale nie leżymy na plaży 8 godzin, a często tez okazuje się że nie możemy  np: spotkać się ze znajomymi bo coś tam akurat się dzieje. Jak to w życiu, nie łudźcie się że przeprowadzając się na małą wysepkę będziecie leniuchować non stop. 

Jeśli jeszcze coś miał bym wspomnieć o naszych smutkach i żalach to musiał bym wylać wiadro pomyj na Filipińczyków , ale o tym postaram się napisać osobny post co byście wy czytelnicy zaglądali tu regularnie :)





Jeśli ktoś z was ma jakieś pytanie na które potrzebuje odpowiedzi proszę śmiało pisać. Nie opiszę wam Filipin jako podróżnik ponieważ do tej pory niewiele tu zwiedziliśmy, ale  może  szukasz odpowiedzi na inne nurtujące Cie pytania.

kontakt
pitchers@hoga.pl
fb/koziolkiwazji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz