środa, 21 lutego 2018

Filipiny, Wycieczka na Palawan

Hejka



Czas biegnie nieubłaganie i najwyższa pora napisać o czymś co się u nas wydarzyło :). A wydarzyło się całkiem sporo. U was jest okres zimowy a to oznacza że u nas jest dokładnie odwrotnie czyli grudzień- styczeń sezon turystyczny max, Temperatury powietrza i wody które dla przyjezdnych są zadowalające a nawet wręcz wymarzone dla nas już nie koniecznie. Są to miesiące w których chyba najczęściej zakładamy bluzy i najmniej się kąpiemy w morzu. Dodać też trzeba że praktycznie od 15 grudnia do połowy stycznia lało prawie dzień w dzień.
 Największym pechowcem tej pogody była teściowa, która to postanowiła do nas zawitać na całe 48 dni. Oczywiście były jakieś okienka pogodowe i udało jej się trochę wysmażyć  (czytaj opalić).
 Niestety tak się złożyło że w tym czasie zaplanowaliśmy wspólnie wycieczkę na Palawan . No co robić :) promocja była  bilety na samolot są to trzeba lecieć (typowe myślenie Polaka). Zanim dokładniej przejrzeliśmy prognozy pogody już byliśmy na Palawanie. Napisze krótko wycieczkę trzeba powtórzyć, ale w innym terminie. Będąc 9 dni na miejscu praktycznie wszystkie przesiedzieliśmy w hotelach.  Cudem udało nam się wstrzelić w jeden dzień bez deszczu i zrobić podziemną rzekę w Sabang. Wrażenia, to zależy kto co lubi. Nam się podobało, ale poznałem rożne opinie i muszę się z nimi zgodzić. Wiec czy to jest takie typowe "do obejrzenia" pozostawiam do wyboru wam. Dodać należy że udając się na podziemną rzekę potrzebujemy też extra zezwolenia które możemy załatwić w PP lub na miejscu w Sabang z tym że tu już nie ma pewności że popłyniemy tego samego dnia.

Sama miejscowość Sabang nie ma nic do zaoferowania poza zawilgotniałymi hotelami i ... no właśnie nic nie przychodzi mi do głowy, a przepraszam jest wodospad jakieś 2 km nabrzeżem w przeciwnym kierunku niż jest plaża. Oczywiście z nudów poszliśmy i o dziwo nawet ładny bez masy turystów bo przecież komu by się chciało iść dwa km po nabrzeżnych kamieniach.

 Tak spędzają czas miejscowi amanci w przerwach miedzy jednym piwem a drugim


 W drodze na wodospad mijamy malutką osadę rybacką, a tam cuda panie fryzjer na plaży a obok na łódce to kolejni pacjęci oceniający kunszt pracy barbera.


o tym jak paskudna była pogoda niech świadczy fakt że łódka poniżej co prawda została uratowana , ale poszła na dno próbując odpłynąć od nabrzeża


Najszybszym środkiem poruszania się po wyspie jest własny transport, ale wiadomo takowym nie dysponujemy. My na wyraźne życzenie (czytaj  rozkaz)babci wynajęliśmy takiego vana. Cena zwala z nóg, ale co zrobić jak niektórych te nogi bolały (między innymi moje córki). Plusem jest to że mówisz stop i walisz głową w szybę bo kierowca jest posłuszny jak kundelek i każdą komendę traktuje poważnie. Lecz w tym wypadku to oczywiste "kasa czyni cuda". Suma sumarum mieliśmy busa na 4 dni za około 20 tyś peso jak dobrze pamiętam, ale proszę się tym nie sugerować stawki ustalacie sami. Nasz kierowca okazał się kiepskim biznesmenem dlatego że jego angielski był na poziomie nie ubliżając bardzo mało zaawansowany. Po prostu nie skumał naszej propozycji choć się na nią zgodził, na koniec był mały kwas i rozczarowanie. Ale moja mina wyraźnie dała do zrozumienia że dopłaty za gapowe nie będzie.  


Klasyczny przykład filipińskich dróg w czasie deszczu na górze, a zdjęcie dolne to już następna odwiedzona przez nas wioska  czyli osławiony pod niebiosa Port Barton.

i ta osławiona plaża :).  Będąc nawet bardzo dużym optymistą napisze krótko nie trafiliśmy w pogodę, wioska bo tak trzeba nazywać PB jest jeszcze mniejsza od naszego Santa Fa i do zaoferowania ma no cóż, sorry znajomi, ale muszę to napisać niewiele. Co oczywiście nie oznacza że wam odradzam PB, pewnie ma mnóstwo innych plusów których wy się dopatrzycie. Dodam tylko jeszcze że w wiosce prąd jest od wieczora do rana a to tylko dla tego że Major , kapitan czy jak go tam zwą  czyli odpowiednik naszego wójta jest właścicielem stacji paliw. I chcąc nie chcąc wszystkie owieczki zaopatrują się u niego w paliwo do agregatów, wiec żaden w tym jego interes żeby zelektryzować wiochę. Zresztą kto by podcinał gałąź na której sam siedzi, alb o zabijał kurę znoszącą złotej jajka. To taka przenośnia oczywiście, ale jak bardzo kojarzące się z naszym krajem.


Powiem tak my pojechaliśmy tam w konkretnym celu, mianowicie odwiedzić Agatę i Maćka których poznaliśmy rok wcześniej właśnie w drodze na Filipiny. Oni zakochali się w Porcie Barton i tam planują swoją przyszłość, my z racji tego że mamy dziewczyny i potrzebowaliśmy szkoły zdecydowaliśmy się na Santa Fe. Dla zainteresowanych dodam tylko że Agata i Maciek piszą bloga "Niclepszego.pl"  a przygody ich są naprawdę ciekawe, plus dodatkowo jak się zwrócicie do nich z jakim kol-wiek zapytaniem to na pewno nie pozostanie to bez odpowiedzi. Przebiegu imprezy nie będę opisywał za to napisze że spędziliśmy razem dwa dni, co prawda deszczowe ale i tak warto tam było się tłuc. Tylko dzięki Agacie i Maćkowi były to naprawdę fajnie spędzone dni.


Na dolnym zdjęciu następny nasz rodak z córką. Tu akurat uchwyceni w momencie jak córka wraca z PP ze szpitala z rachunkiem 18 tyś peso za jedno albo dwu dniowe hospitalizowanie i podanie kroplówki. Tomek bo o nim mowa przyjechał tu za namową swoich córek i tak już został w tym Porcie Barton prowadzi fajną kawiarnie o nazwie "Mabuti"



Pogoda nie rozpieszczała deszcz non stop aż do znudzenia




Na Palawanie bardzo mi się podobały tricycle miały swój styl,  a niektóre wręcz były śliczne







Edukacyjne zawitaliśmy na farmę krokodyli


zaliczyliśmy Zipp Line




Informacje przydatne to na pewno: z lotniska w PP można wyjść na własnych nogach jak ktoś chce bardzo oszczędzić 200 peso miasto jest w zasięgu 10 minutowego spaceru.
Biorąc pierwszego lepszego trycykla dowiemy się wszystkiego czego potrzebujemy. Czyli pierwszy lepszy albo gorszy tani hotel, transport na dworzec autobusowy z którego da sie uciec do Sabang, Port Barton  albo El Nido. Choć pamiętacie że będzie was namawiał na prywatny transport.
Odpowiadając na pytanie czy warto zostać choć jeden dzień w PP  odpowiedź brzmi  zdecydowanie. Już tu mamy zajawkę tego co nas czeka w dalszej części podróży :) :) :) .

kontakt

pitchers@hoga.pl

fb/koziolkiwazji

wtorek, 30 stycznia 2018

Filipiny, nasz inwentarz :)

Witamy

Podejmując decyzję o zamieszkaniu na wyspie nie zdawałem sobie sprawy że zagości w naszym domu jeszcze jakieś zwierze. A jak  przypomnę sobie że poprzedniego psa nam tu ukradli to nadal mam mieszane uczucia.

 Ale gadanie gadaniem a rzeczywistości szybko zweryfikowała moje poglądy, dodatkowo mając dwie córki okazuje się że nie wiele w tej kwestii miałem do powiedzenia ;) .

 Nasz pierwszy nabytek to Rubi, teraz już okazały kocur trafił do nas jak miał może z dwa msc i był w sumie prezentem od Kristiny tz. recepcjonistki z naszego pierwszego hotelu Nordic Inn. Jeśli miałbym wymienić jakieś pozytywy to takie że szybko poszedł swoją drogą a w domu pojawia się tylko na michę :). No i o tym też muszę wspomnieć wieczorem robi ze mną obowiązkowo obchód naszej posiadłości. Jego znakiem rozpoznawczym jest złamany ogon do którego prawie się przyzwyczaiłem ;)





                                      


 Druga w domu pojawiła się Pusia, która to w perfidny sposób w nocy została nam podrzucona na posesje razem z  dwójką rodzeństwa. Wspomnieć należ ze koty były jeszcze ślepe z niebieską błoną na oczach. Jedna siostra nie wytrzymała ciśnienia i sama odeszła (amen) a brat poszedł jak nam się wydawało w dobre ręce. Nie mamy info czy jeszcze żyje. Za to nasza kocica przez pierwsze 3 miesiące tak nam dawała popalić tym swoim miauczeniem o 4 rano że był pomysł dać komuś zlecenie żeby ją killim. Ale na szczęście przeszło jej i to uratowało jej życie :) . Coś ciekawego o niej lubi grzać nam nerki :), a tak to idealnie zgrała się z Kasia obie uwielbiają kuchnie i jedzenie :).



 Trzeci trafił do nas pisak. Dziewczyny wypatrzyły gdzieś na ulicy sukę ze świeżymi szczeniakami. Tak długo wierciły  nam dziurę w brzuchu że ulegliśmy.  Dostał imię Tofik choć dla mnie to imię zupełnie do niego nie pasuje :). Pies dzięki bogu jest tak grzeczny że nie ma się do czego przyczepić nawet biorąc pod uwagę że jest szczeniakiem i czasami zdarzy mu się coś pogryźć. Cała trójka stanowi bardzo zgrana pakę, chociaż na początku były pewne nieporozumienia.



 No i nasz najnowszy nabytek to pięć malutkich kurczaków. Każdy dostał swoje imię i cierpliwie czekamy kiedy zaczną znosić jajka. Na rosół nie ma szans. Dziewczyny zaznaczyły że nam nie pozwolą ich zabić. Poczekamy zobaczymy jak zmieni się ich podejście jak wszystko w koło będzie osrane :).



Ps. po powyższych zdjęciach nie wróży to dobrze

  A żeby uzmysłowić wam po co opisałem nasze zwierzaki które, w sumie są przybłędami a wygrały szczęśliwy los od życia to muszę napisać co tu się dzieje z niechcianymi zwierzętami. Jeśli młode zostaną zakopane zaraz po porodzie to jest ich szczęście ponieważ mają w miarę szybką i humanitarną śmierć jeżeli można tak to nazwać. Najczęściej podrzucane są gdzieś przy drodze w wiadomym celu (na pewno nie adopcji). Te pozostawione przy trasie też można rzec umierają szybko pod kołami pojazdów, gorzej mają zwierzęta odchowane przy suce bądź kocicy a później wygnane z domostwa. Śmierć zagląda im w oczy bardzo powoli, snują się po ulicach jak jakieś cienie. Widok takich zwierząt  nie napawa optymizmem , ale niestety trzeba być twardym  nie wszystkie da się uratować.

Ps. na zdjęciu poniżej następny osesek porzucony koło naszego domu. Zdjęcie tego nie oddaje ale białe glizdy wychodzące z oka i ucha nie wróżą dobrze :( Oczywiście moje dziewczyny nie mogły przejść obojętnie i trafił do nas na odchowanie. Już nawet znaleźliśmy mu nowy dom ale musimy go doprowadzić do stanu używalności przez około miesiąc. No właśnie i tego się boję, bo jak nawet przeżyje to czy po miesiącu go oddadzą?






kontakt do nas
pitchers@hoga.pl
fb/koziolkiwazji

wtorek, 12 grudnia 2017

Bantayan. Zycie

 Teraz może coś bardziej o nas :)



W poprzednich wpisach było o przeprowadzce, a teraz będzie o naszych smutkach i radościach dnia codziennego. Nie do końca jestem pewny czy przejdzie to przez mojego recenzenta (czytaj żonę) ponieważ mogą tu być bardzo osobiste wyznania.

Zadajcie sobie dwa pytania:

Czy mając taką możliwość ( wiadomo że chodzi o kasę) zaryzykowalibyście i wyjechali tak jak my ?
Czy zrezygnowalibyście z tego co mieliście i zamienili na w 100% gorszy standard ?

Odpowiem za was na podstawie własnych obserwacji, a jak wiecie dwa lata w podróży za nami.
Jak sięgnę  pamięcią do rozmów z turystami i znajomymi to może na taki krok zdecydowałoby się 1% ludzi z naszego otoczenia i może 3% czytających  moje wywody. Bardzo często podstawowy powód to rozłąka z rodziną, a raczej z rodzicami i rodzeństwem bo swoją najbliższą rodzinę (żona, dzieci) zabieramy (oczywiście nie wszyscy wożą drzewo do lasu, ale ten post nie jest skierowany do nich).  Wiadomo też prawie każdy (pomijam jednostki) z nas boi się zmian w swoim życiu. Małe zmiany takie jak zmiana szkoły, a później pracy akceptujemy bo tego nas uczono i do tego przywykliśmy, ale nikt nie nauczył mnie, ciebie, nas czy was że można wywrócić swoje życie do góry nogami. My zaryzykowaliśmy bo mieliśmy takie marzenie. Jak byśmy zostali w Polsce pewnie mieli byśmy więcej (money), ale tu mamy życie i czas dla siebie. Żyjemy w o wiele skromniejszych warunkach niż w kraju, ale jest to cena którą jesteśmy gotowi ponieść za możliwość życia bliżej siebie.Szansa na to że nasze córki wrócą do polski jest taka jak wasza na wyjazd tutaj. Czyli chęci są, działania brak :) Ale żeby nie było tak ładnie i słodko jak wam się wydaje to napisze wam że nasze dni też upływają czasami w sielskiej atmosferze a czasami w paskudnej. Dzieci wiadomo chodzą do szkoły, a to oczywiście generuje mniejsze lub większe problemy. I tu dobrym przykładem jest Lena nasza młodsza córka. Przyjeżdżając tutaj poznając dzieci i szkołę była zachwycona, lecz po dwóch może trzech tygodniach stwierdziła, że jednak szkoła jest bee ponieważ po pierwsze jest po angielsku, który u niej zaniedbaliśmy totalnie. A inne zajęcia są po Filipińsku a to już w ogóle czarna magia. Wiec czasami u nas także dzień zaczyna się od płaczu. Nie poruszam tematu starszej córki bo tu to już zaczynają hormony rządzić wiec jest ciężko. Na  nasze usprawiedliwienie napisze tylko że bez zbędnego gadania zgodziliśmy się na korepetycje dla obu córek, młodsza wiadomo angielski i trochę filipińskiego w trzech odmianach, a Karolina od razu poprosiła nas o korepetycje z Filipińskiego. Ponieważ jest tak ambitna że jak słyszy swoje imię z ust koleżanek mówiących po filipińsku to już wie że plotkują o niej, a ona musi wszystko wiedzieć :). Koszty to 100 peso za godzinę  czyli jakieś 7,5 zł za profesjonalną nauczycielkę :) To już nie jest Kokomen który nas uczył za butelkę Coca coli poprzednim razem ale i przekaz wiedzy jest zupełnie inny. Zyskujemy i my ponieważ chcąc nie chcąc przeglądamy zapiski dziewczyn, a czasami gdy Lena jest już zmęczona korzystamy z pozostałego czasu i uczymy się kilku wyrazów lub zwrotów.




Naszą radością dnia codziennego jest np; tutejsza pogoda. Czy możecie sobie wyobrazić że codziennie korzystacie z maski i rurki (nie, nie w szpitalu żeby przyjąć tlen i kroplówkę) tylko żeby rzucić się w otchłań morza którego temperatura rzadko spada poniżej 30 stopni? (no dobra kto tu był to wie że na Bantayanie pod wodą niewiele się dzieje, ale ćwiczyć kondycję  trzeba bo czasami się przydaje:) ) 

Są też dni deszczowe, ale one przynajmniej pozwalają pooddychać pełna piersią bez wrażenia że wciągamy żar do płuc. Napisać też muszę że na tej wyspie mamy wyjątkowo dobre polskie towarzystwo. Mieszka nas tu teraz dokładnie 13 + 2 naszych dzieci w porywach do (i tu nie mogę podać dokładnej liczby ponieważ nigdy nie wiemy ile osób przyjedzie ) w okresie zimowym. I co by  nie pisać atmosfera jest jak w domu wielorodzinnym wszyscy się kochają ale unikają. He He to tylko rym krakowsko-częstochowski rzeczywistość jest zgoła inna. Wszyscy starają się trzymać razem choć to wcale nie oznacza że widujemy się codziennie, pijemy do upadłego i pożyczamy wzajemnie kasę. Spotkania są spontaniczne, niewymuszone w miejscu i czasie dogodnym dla każdego.

O tym jak wygląda zwykły dzień  to już może nie będę was zanudzał, ale wspomnę tylko że dzień tz: tych nie pracujących jest całkowicie inny od tych którzy jednak prowadzą tu jakiś biznes. Ale to chyba logiczne :) choć przyznać też muszę że wcale nie leżymy na plaży 8 godzin, a często tez okazuje się że nie możemy  np: spotkać się ze znajomymi bo coś tam akurat się dzieje. Jak to w życiu, nie łudźcie się że przeprowadzając się na małą wysepkę będziecie leniuchować non stop. 

Jeśli jeszcze coś miał bym wspomnieć o naszych smutkach i żalach to musiał bym wylać wiadro pomyj na Filipińczyków , ale o tym postaram się napisać osobny post co byście wy czytelnicy zaglądali tu regularnie :)





Jeśli ktoś z was ma jakieś pytanie na które potrzebuje odpowiedzi proszę śmiało pisać. Nie opiszę wam Filipin jako podróżnik ponieważ do tej pory niewiele tu zwiedziliśmy, ale  może  szukasz odpowiedzi na inne nurtujące Cie pytania.

kontakt
pitchers@hoga.pl
fb/koziolkiwazji

czwartek, 16 listopada 2017

Filipiny "Miałem nadzieję" raj utracony,

hello

Filipiny raj utracony


zdj.powyżej 6,5 zł za flaszkę 0,7 raj na ziemi :) i nie jest to denaturat

Wydaje mi się że tytuł w sam raz pasuje do poniższego wpisu, który to spróbuje wam zobrazować. O tym jak wygląda ten (ala) raj i jakie czekają na nas niebezpieczeństwa. Temat w całości poświęcony będzie związkom obcokrajowiec-filipinka.
Wielu z Was wydawać by się mogło że życie tutaj (czytaj Filipiny) usłane będzie różami. I pewnie na samym początku naszego pobytu tak się może wydawać. Tani alkohol i lalki same pchają się do wyra. Czego można chcieć więcej, po prostu bomba!!! Jednak do czasu, aż nie zapędzimy się w kozi róg. A takim punktem zazwyczaj jest ciąg alkoholowy i biznes na współwłasności z żoną plus do tego dorzucimy z dwójkę dzieci par mieszanych.
 Przykładów można by mnożyć ja skupię się na trzech, którzy opowiedzieli mi swoja historię.

Pierwszy pan, powiedzmy A: lat około 50 Amerykanin
Poznaliśmy go całkiem przypadkowo. Okazało się, że nasze dzieci chodzą do jednej szkoły. Pan A swego czasu był głównym menago w jakiejś firmie w Cebu z pensją 120 tyś peso, która spokojnie starczała aby był królem życia. Z jego opowieści wyłania się obraz takiego życia, które we wczesnym stadium pobytu  na Filipinach mógłby pozazdrościć każdy. Za to kres tej przygody to alkoholizm, samotny ojciec wychowujący 10 latka, żyjący w slamsie i czyhający na sponsora. Partnerka na początku zarąbista laska z która można było się zabawić i powciągać, okazała się narkomanką próbującą ciągnąc kasę na wszystkie możliwe sposoby. W końcu stracił pracę a jego jedynym utrzymaniem są pieniądze przesyłane z Ameryki przez rodzinę. Myślę, że wolą przysłać im kilkaset dolarów i mieć go z głowy. Na początku próbowaliśmy my i nasze dzieci jakoś się za kumplować, ale nic z tego nie wyszło. On najchętniej oddawał by nam dziecko na całe dnie, co było dla nas bardzo męczące, a we mnie widział kompana do piwa. Mamy dwójkę dziewczyn i z chłopakiem nie mogły się dogadać. Po kilku dniach prosiły żebym nie wpuszczał go już do domu. Chłopiec jest jednak nauczony filipińskiej wytrwałości w naciąganiu białasów i ciągle usilnie próbuje złapać kontakt. Szczytem wszystkiego było przyprowadzenie o 6 rano filipinki, która chciała pieniędzy. Od tej pory postanowiliśmy zerwać kontakty. Pan A szybko zrozumiał że ja nie jestem zainteresowany piciem, a tym bardziej sponsorowaniem. Po kilku rozmowach z żoną wyłonił nam się obraz człowieka samotnego, całkowicie niezaradnego, alkoholika, który za wszelką cenę próbuje jeszcze utrzymać się na powierzchni, ale wydaje mi się że z marnym skutkiem.

Pan B  Następny jurny mądrala z Australii tym razem Lat 71
Wziął sobie za żonę modelkę Filipinkę, spłodził 4 córki, choć troje dorosłych dzieci ma w Australii. Dwie starsze chodzą z naszymi córkami do jednych klas. Jego dzień upływa na siedzeniu przed domem w podartej koszulce z piwem na brzuchu albo spotkaniami z panem A bo to podobno najlepsi przyjaciele. W rozmowie z nami narzeka na wszystko co możliwe. Cały majątek, który zebrał jest oczywiście w posiadaniu żony, bo tutaj inaczej nie można. Chętnie by wrócił do Australii, no ale co zostawić tu wszystko i wrócić z niczym wstyd. Jest zgorzkniały i ciągle niezadowolony, choć miał swoje pięć minut na początku pobytu tutaj tak jak każdy.

Pan C  Mariano Italiano to już tylko luźna zasłyszana opowieści od znajomych. Właściciel przepraszam współwłaściciel (oczywiście z żoną) włoskiej knajpy. Niechcący lub przypadkowo jak kto woli żona złapała go z kelnerką w sytuacji w której nie powinna. Rezultat: żona knajpę zamknęła, zabrała dosłownie wszystko, łącznie z dzieckiem i wyjechała do Cebu. Mariano Italiano został w przysłowiowych gaciach i usycha z tęsknoty, bądź braku środków do życia i zastanawia się czemu to mały skok w bok zrujnował  mu życie. Przecież to Filipiny. Tutaj ludzie się bawią a kobiety kochają sex.

Dodam tylko że takich pacjentów jest tu o wiele więcej, a już najlepsze przypadki to 40 lub 50 latkowie czekający co miesiąc na przelew od mamusi( o zgrozo!)
Obserwując filipińską rzeczywistość możemy stwierdzić, że związki z dużą różnica wieku to jak kontrakt z którego mężczyzna zazwyczaj wychodzi spłukany lub zgorzkniały. W niektórych przypadkach jedno i drugie.

Ps. post ten już napisałem dużo wcześniej publikacji doczekał się teraz a ja w między czasie poznałem kilka innych historii. Nie będę ich opisywał ponieważ są bardzo podobne do tych powyżej.

zdjęć niestety nie serwuje tym razem ponieważ nie jestem wścibskim paparazzi ale pamiętajcie


na Filipinach wygląda to mniej więcej tak


A żeby koniec nie był taki smutny to naprawdę czasami zdarza się wielka miłość.



kontakt:

pitchers@hoga.pl
fb/koziolkiwazji

poniedziałek, 6 listopada 2017

Bantayan, Święto zmarłych

Ello

Dziś może o tym jak tu wygląda św. zmarłych.



Filipiny (prawie w całości) jako jeden z nielicznych krajów w Azji jest krajem katolickim. Praktycznie nie ma domu w którym nie byłoby świętego obrazu, krzyża lub statuetki Jezusa lub Maryi. Ludzie tłumnie uczestniczą w mszach i z duma obnoszą się ze swoja wiarą. Jest jednak drugie oblicze Filipin, gdzie królują szamanie, gusła i obrządki pogańskie. Właśnie tą mieszaninę można zobaczyć w dniu Wszystkich Świętych i Zaduszek. Już przed świętem trwają gorączkowe przygotowania. Filipińczycy malują groby, odnawiają litery na nagrobkach, kupują świece i rozglądają się za kwiatami. Oczywiście trwają również intensywne zakupy artykułów spożywczych, napoi i oczywiście alkoholu.

Słyszałam, że na innych wyspach groby malowane są w różne, kolorowe wzory, jednak na wyspie Bantayan w prowincji Cebu nie spotkałam się z takimi zwyczajami. U nas nagrobki są malowane na biało.
1 listopada to dzień wolny od pracy i większość rodzin udaje się na cmentarz. Zjeżdżają się z różnych wysp i prowincji. Oczywiście przy takim przypływie ludzi dzień nie obyłby się bez walk kogutów J I jak to zwykle bywa kobiety buszują po sklepach lub przygotowują jedzenie a panowie uprawiają hazard. Wieczorem około godziny 17:00 jednak wszystko ucicha. Sklepy, restauracje, biura są pozamykane i całe życie przenosi się na cmentarz. Ten dzień należy do modlitw i zadumy, chociaż nie w takim wydaniu jak w Polsce. Zresztą trudno jest się skupić jak obok na grobie jest organizowana kolacja i spotkanie rodzinne J  Często rodziny które przyjechały z daleka, chociaż nie tylko, w tym dniu śpią na grobach.


2 listopada to już prawdziwe szaleństwo. W tym dniu zdecydowanie zwycięża duch fiesty. Cmentarz jest pełen ludzi, którzy siedzą na grobach  i delektują się tradycyjnymi specjałami i jakże popularnym tutaj trunkiem alkoholowym  zwanym Emperador lub Tunday, czyli coś podobnego do whisky lub piwem. Oczywiście jest bardzo wesoło, ludzie rozmawiają, śpiewają i w takiej atmosferze wspominają zmarłych.  Zarówno przed cmentarzem jak i miedzy grobami  porozstawiane są stragany z jedzeniem, piciem no i oczywiście z grami hazardowymi.




Rodziny które nie dotarły na cmentarz lub w tym dniu odwiedzają inne groby pozostawiają na płycie nagrobnej paczuszki z jedzeniem i kubeczki z piciem. Pozostałe groby przyozdobione są kwiatami, jednak nie ma mowy o wielkich bukietach i wieńcach raczej skromne kompozycje kwiatowe i oczywiście świeczkami, które też nie maja żadnej oprawy i spalają się do końca nie pozostawiając odpadów.



My również udaliśmy się na cmentarz aby pomodlić się za naszych zmarłych. Oczywiście byliśmy wielka atrakcją. Robiąc zdjęcia rodziny filipińskie wielokrotnie zapraszani do biesiadowania. Mogliśmy spokojnie najeść się i napić za free, jednak nasza wrodzona skromność na to nie pozwoliła :) Jednogłośnie uznaliśmy, że dla nas jest to jedno z bardziej interesujących świąt na wyspie.




kontakt:
Pitchers@hoga.pl
fb/koziolkiwazji