niedziela, 29 lipca 2018

Filipiny. Północny Luzon Sagada i Buscalan

Ello




No dobra wracamy do pisania w/g kolejności :). Przede mną  nie lada wyczyn. Spróbuje opisać wam naszą dalszą cześć podróżny na Północ Luzonu. Jak wiadomo to już jest 4 msc po tej podróżny wiec i w pamięci pojawiają się jakieś luki :), ale bądźcie dobrej myśli zdjęcia mnie wspomagają.
Tak wiec jeszcze w Baguio zrobiliśmy rekonesans jak możemy dostać się wyżej na północ. Znaleźliśmy dworzec autobusowy poprzedniego dnia wieczorem i tak przygotowani przybyliśmy rano na miejsce startu. A w miejscu startu... autobusu brak :( okazało się że ten z godz 8.30 którym mieliśmy jechać zdechł i możemy pojechać następnym.




 Wreszcie się udaje o 9.30 załadowani jak sardynki na statku ruszamy w trasę, a ona nie jest fajna. Ciągle pod górę albo w dół, serpentyna za serpentyną choć nawigacja pokazuje czas jaki widać autobus potrzebuje 6 godzin





 Po drodze mamy jeden albo dwa postoje już nie pamiętam, ale za to jakich spotykamy bohaterów :) nie mogłem sobie odmówić zdjęcia z nimi  :)  Tylko czemu, a zauważyłem to dopiero teraz, trzymam Spider-mana  za kolano :)))  nie wiem może myślałem że to żona albo inna azjatycka dziunia.


 Wreszcie dojechaliśmy. Autobus zatrzymuje się w centrum Sagady, ale nie martwcie się zabłądzić tu  nie można. Jedna droga z jedną odnogą. Odpalamy GPS okazuje się że do hotelu mamy 500 metrów no więc chcąc nie chcąc idziemy żeby rozprostować kości :). Hotel nie powala Kanip-aw za to obsługa miła wi-fi działa nie ma się do czego przyczepić (może do jednego jest zimno a nawet bardzo zimno w nocy). Nie przyjechaliśmy tu jednak zwiedzać hoteli tylko jaskinie, a przy okazji zobaczyć wiszące trumny. Lecz niektórzy przyjeżdżają tu właśnie dla tych trumien a odpuszczają sobie jaskinie. Z racji tego że wiszące trumny dokładnie takie same widzieliśmy na Sulawesi w Indonezji, myślę nawet że sporo ciekawsze, to my byliśmy bardziej zajarani jaskiniami. Załatwiliśmy sobie w hotelu przewodnika i oto co następuje :). Przewodnik ma  na imię Jordan. Jego ojciec musiał oglądać dużo koszykówki skoro dał mu tak na imię. Przychodzi chłopaczek może 25-28 lat i już widzę że moje dziewczyny zauroczone :) wszystkie trzy. Jordanowi chyba bliżej wiekiem było do naszych córek niż do nas bo to z nimi przede wszystkim prowadził dyskusje :), ale przyznać trzeba jedno odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. J.angielski na dobrym jeśli  nie b.dobrym poziomie zakres wiedzy ogromny a przy tym szarmancki moje dziewczyny były wniebowzięte :)


Nawet mieliśmy chwile z żoną żeby sobie razem spokojnie pospacerować bo Jordan zagadywał dziewczyny :)  Cena za cały dzień z Jordanem 900 peso to jakieś 65 zł odebrał nas z hotelu wszystko pozałatwiał, ogarnął pozwolenia więc o nic nie musieliśmy się martwić. Dochodzą ceny wejściówek, ale nikt nie jest skąpcem to groszowe sprawy :)
















Po wiszących trumnach zabrał nas do dwóch jaskiń pierwsza wypełniona trumnami dupy nie urywa, ale za to druga jaskinia mistrzostwo świata. Wybraliśmy oczywiście trasę dostępną również dla naszych dziewczyn, a i tak był niezły hardcore. Pierwsze strome zejście po odchodach  nietoperzy pokazało nam stopień trudności, dobrze że mieliśmy rękawiczki które można kupić dosłownie wszędzie. Na drugim etapie wyskakujemy z klapek i dalej na boso po skałach, strumieniach, zejścia po pionowych skalach, po prostu obłęd. Wszystko to przy lampie naftowej i dwóch latarkach czołowych. Jak dla nas bajka. Wyszliśmy prze-szczęśliwi. Dorośli bez dzieci mogą wziąć chyba 6 godzinny szlak z przeprawą przez podwodną rzekę, jakieś dziwne przejścia, itd niedostępne dla dzieci.Za namową Jordana nie wzięliśmy aparatu i telefonów komórkowych, bo miało być mokro aż po pas, a nawet wyżej. Kamera go-pro bez dodatkowej lampy nie nadaje się do jaskiń, to mój wniosek dlatego zdjęć brak.


Już po wszystkich atrakcjach wracając do hotelu wstąpiliśmy do wyżej sfotografowanej knajpy. Opisują ją wszyscy, wiec ja nie będę się wysilał, napisze tylko że warta swojej ceny :).
I na tym mógłbym zakończyć info o Sagadzie ale dodam tylko że jest tu też trasa do trekingu z pięknymi widokami, którą my z oczywistych względów olaliśmy :) (lenistwo naszych córek nas przeraża) 
Osobiście uważam że było warto, ale to jeszcze  nie koniec podróży ruszamy dalej :)

Następne w kolejce było Buscalan i oczywiście babcia tatuażystka o której krążą legendy, a nawet powstał o niej filmy dokumentalny. Ale od początku. Nie wiedząc co i jak postanowiliśmy że weźmiemy tylko jeden plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami a resztę zostawimy w hotelu bo i tak droga powrotna jest przez Sagadę. Wiec o 6.30 zrywka na jeepnaya z Sagady do Bontoc ok udało się:) Do Bontoc docieramy przed 8 rano i wyrabiamy się na podobno jedyny autobus do Tabuk,  który odjeżdża około 8.00, ale jak ma komplet to nawet wcześniej. Ciekawe jak my dojechaliśmy na 7.30 to autobus już był pełny i zbierali komplet na dach. I tak oto pierwszy raz w Azji mieliśmy okazje oficjalnie podróżować na dachu autobusu i to od razu grubo bo tylko Lenie pozwolili wejść do środka, a my hop na dach :). Ale żeby  nie było informuję że jak się spóźnimy to też dojedziemy bo normalnie co godz. jeździ jeepnay  więc bez zbytniego spinania damy (dacie) radę odbyć tą podroż. 








Czy nam się podobało na dachu? Pierwsze wrażenia pozytywne, ale po 2 godz marzysz żeby zejść i rozprostować nogi albo chociaż zmienić pozycje. Liczyliśmy z Kasią to było nas tam 28 osoby,  nie licząc tych w środku. Dwie godziny później wysiadamy w miejscowości Tinglayan, tam przesiadamy się na motory które wiozą nas tylko do pewnego miejsca i dalej do wioski dostajemy się na pieszo. W rzeczywistości dojeżdżamy na jedno zbocze góry  musimy iść ścieżką nad przepaścią w dól 15 min przeskakujemy przez rzeczkę i zaczynamy wspinaczkę do wioski. Różne czasy ludzie podają my z dziewczynami zrobiliśmy to w 20 minut .Kasia z przewodniczką którą poznaliśmy ją w autobusie potrzebowała sporo więcej. 



Widzicie gwiazdę idzie z parasolem :), a dolne zdjęcie ładnie oddaje stopień niebezpieczeństwa.
Po lewej stronie ściana pionowa w górę a po prawej pionowa w dół. Co prawda zarośnięte wszystko krzakami, ale i tak w razie upadku znajdą nas jakieś 100 metrów niżej. Barierki były kawałkiem tylko w jednym miejscu na długości paru metrów :)


Ok gdy już dotrzemy albo jak dotrzemy choć nie sądzę żeby ktoś się wycofał w połowie drogi :) wydaje nam się że znaleźliśmy się w innym świecie. Co prawda prąd jest, ale już o zasięgu w telefonach można zapomnieć. Ulice a raczej ścieżki między domami to nic innego jak rynsztoki którymi płyną świńskie odchody. Małe dzieci bez problemowo wypinają tyłek do rynsztoka przy wszystkich i załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. ( rozumie że tak drastycznych zdjęć nie chcecie oglądać :) :) :). Wkraczając do wioski dostajemy przewodnika bądź wybieramy go sobie. Nie ma opcji przebywania tam bez osoby towarzyszącej. My trafiliśmy na dziewczynę w autobusie, która się nami zajęła i to ona pełniła role przewodniczki. Była miła  i sympatyczna, wszystko nam ogarnęła (spanie posiłki, byliśmy tam dwie noce nam się nigdy nie spieszy), ale niestety angielski miała na bardzo niskim poziomie przez co sporo informacji nam uciekło. Wiedzę zapewne miała, lecz nie potrafiła jej przekazać. Dobrze a teraz główny powód naszej wizyty - babcia Odi (Fang Od) zostanę przy nazwie babia Odi bo to jedna z postaci naszej ulubionej w rodzinie bajki. :).  Babcia Odi jak sama nazwa wskazuje jest już leciwą osobą, a w sumie to bardzo starą staruszką. Zbliża się do setki jeśli już jej nie przekroczyła. Chyba nawet ona sama nie wie ile tak dokładnie przeżyła wiosen. Rówieśnicy poumierali, a młodzież ma w poważaniu jej wiek. Babcia Odi tak naprawdę babcią jest tylko z nazwy, ponieważ za mąż nigdy nie wyszła i dzieci nigdy nie miała, a jak wiadomo bez dzieci wnuków też brak. Powinienem opisać Babcie Odi przynajmniej w paru słowach i napisze tylko że jest to faktycznie najstarsza tatuażystka jaką miałem okazje poznać. Resztę dowiecie się z opisów innych że jest taka i taka, że mimo tak podeszłego wieku ma sokoli wzrok i sprawną rękę. Ja pozwoliłem sobie u niej tylko  trzy małe kropki, to taki niby jej podpis, dzięki bogu że jest w mało widocznym miejscu bo wygląda jak by ktoś trzy razy splunął :) :) :). Myślę że jej czas powoli przemija a pałeczkę po niej przejmują dwie córki jej siostry plus i tu będzie szczera prawda myślę że reszta wioski idzie w ich ślady bo niestety przez dwa pełne dni pobytu widzieliśmy jak robi się te tradycyjne tatuaże w prawie każdym domu. Nie mogę odnaleźć zdjęcia, ale nawet 10 latek proponował mi tatuaż. Choć mój opis wioski Buscalan  i babci Odi nie jest wzorowym przykładem reklamy z całego serca wam polecam choćby dla samego klimatu jaki tam panuje, zobaczyć jak Ci ludzie żyją wybrać się na tarasy ryżowe, na nas ta wycieczka wywarła wspaniałe pozytywne wrażenie.

 turystów przybywa ogromna ilość
 to zagłębienie to rynsztok którym spływają nieczystości

 standardowy widok, pranie i świnie. Dobrze że nie agresywne.

 nasza kwaterka była dwu poziomowa na górze spanie na dole kuchnia i łazienka, ale była ok

 Miejscowy geszeft

 Karola chodnikiem ,Lena rynsztokiem uskuteczniają spacer
 życie codzienne
 nawet udało nam sie znaleźć kowala
 rodzina w komplecie

 Dziewczyny przy sklepie a te gary to trafiliśmy na wesele, tylko że przez dwa dni wesela nie widzieliśmy ani panny młodej ani pana młodego
 i już podglądamy może w Polandi da się pomysł skopiować :) :) :)

 babcia Odi przy pracy

 zastanawialiśmy się po co siatka od strony gdzie ściana idzie do góry skoro z drugiej strony tak ta czarna odchłań to przepaść. Jak oni tam przeżyli
 a tu już mamy prosty przykład jak działa reklama, jest popyt jest podaż przecież babcia Odi plus te dwie uczennice które powiedzmy uczy nie są w stanie tatuować co najmniej setki gości dziennie w wiosce
 spacerek po tarasach
 o a tu Ta co mnie kocha ja zresztą wzajemnie :)
 Tarasy ryżowe w całej okazałości

  Wspięliśmy się na wysoką górę. Przewodniczka poszła z nami bo bała się że się zgubimy. Minęliśmy już tarasy ryżowe nawet drzewostan już był wysokość max 2 metrów, ale niestety na szczyt w kapkach dojść się nie dało :) :) :)
I to by było na tyle z malutkiej wioski Buscalan jeśli ktoś zagląda na Filipiny na dwa tygodnie i preferuje plaże to szkoda jego czasu i energii bo to naprawdę min 2 dniowa wyprawa.
Koszty nie są wysokie 1000 peso przewodnik za dzień i nas chyba policzyli 700 peso za kwaterę i jedzenie 2 dni 4 osoby to taniutko. Nie było luksusów ale ich się nie spodziewaliśmy i wam też radzimy podejść na luzaku. 

Dla zainteresowanych jest opcja bezpośredniego przejazdu Manila-Sagada,Manila-Bontoc i Manila-Banaue. Są to przejazdy nocne. My ich nie testowaliśmy wiec się nie wypowiadam 

 Udało się przebrnąłem przez wpis, choć było trudno. Teraz uważam że inaczej się pisze na bieżąco gdzie wszystko jest nowe  i ekscytujące, a inaczej już po czasie na zimno kiedy wszystko sobie przemyślisz. I obawiam się ze że wpisy po czasie są ciekawsze niż te na gorąco, ale to moje zdanie :) :) :)

kontakt

pitchers@hoga.pl

fb/koziolkiwazji



środa, 6 czerwca 2018

Filipiny. Wyspa Siargao


Cześć



Niestety będę musiał zrobić trochę na opak :). A czemu zaraz wam wyjaśnię. Jak wiadomo staram sie opisywać po kolei nasze przygody lecz tym razem zanim dokończę wam o naszym wyskoku na wyspę Luzon, to między postami wrzucę post o wyspie Siargao, która to nie oszukujmy się została naszym faworytem na Filipinach.
 Ale od początku, po powrocie z Luzonu i ogarnięciu wszystkiego pomyśleliśmy, że skoro dzieci mają jeszcze wakacje to damy radę zaliczyć jeszcze jedną wyspę. Wybór nie  był trudny. Wcześniej już wiedzieliśmy że chcemy pojechać na Siargao. Żeby się tam dostać jak zawsze musimy spędzić pół dnia na wydostanie się z naszej wyspy do Cebu. W  Cebu na Lapu-Lapu załatwiamy półroczne wizy, z czego bardzo się cieszymy, bo w innym urzędzie imigracyjnym chcieli łapówkę i musieliśmy przedłużać co dwa miesiące. Po załatwieniu formalności łapiemy taryfę i pędzimy do Pier nr 1. Tu okazuje się że biletów na dziś do Siuragao już nie ma, ale byliśmy na to przygotowani. Spędzamy noc u znajomych na Lapu-Lapu i dnia następnego o godz 19 zaczynamy naszą przygodę. Prom jak prom - normalny.  Nienormalne jest tylko to, że wszystkie łóżka w najtańszej klasie są na otwartym pokładzie :). Trochę szok bo tak jeszcze nie płynęliśmy, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Okazuje się, że pomysł bardzo dobry bo temperatura na otwartym morzu znośna a w klimatyzowanych kajutach po 17 stopni. W najtańszej opcji dostajesz tylko łóżko. Wiedząc o tym zakupiliśmy sobie po komplecie prześcieradło i poszewka na poduszkę, co było przydatne bo nie musieliśmy przyklejać się do brudnego materaca.


W mieście Siuragao na wyspie Mindanao jesteśmy o 3.30 rano. Wszyscy zaspani schodzimy ze statku, Kasia wychodzi przed bramki i kupuje bilety na następny prom. O 5.00 ruszamy dalej :) Wyspa na którą płyniemy jest "niedaleko", jakieś następne 4 godz nudzimy się jak mopsy. Wreszcie docieramy. Na miejscu witają nas Ala i Tomek nasi znajomi z Bantayanu, którzy się tu przeprowadzili. Można użyć określenia że nie błąkamy się jak dzieci we mgle. Znajomi ogarnęli wszystko. Bierzemy trajka lecimy po skutery i dalej na kwaterę do miejscowości Pilar. Tam właśnie mieszka Ala i Tomek plus z drugiej strony Marcin bo tak się złożyło że mieszkamy chwilowo na jednej ulicy wszyscy. Marcin jak się okazało jest lub był jak kto woli naszym sąsiadem z pod Skierniewic :) Ha jaki ten świat mały.



Kwatera może z zewnątrz nie wygląda okazale, ale pierwsze wrażenie może być mylne i w naszym przypadku tak było. Chata co prawda z drewna, ale z ogromnym pokojem, ogromną kuchnia i wszystkimi udogodnieniami jakie sobie można wymarzyć. Taras z dostępem do wody na którym chętnie popijamy kawkę z rana :)




Dla nas ważne, że mieliśmy bieżącą wodę, co naprawdę jest tu rarytasem, bo jest jakaś awaria i wszyscy noszą w wodę w bańkach. Nie muszę chyba dodawać, że ta awaria trwa już kilka miesięcy , bo to przecież Filipiny i tutaj jest inny czas. Cały ten luksus mieliśmy za 1500 peso za dobę, czyli jakieś 110-120 zł. A dodać muszę że Siargao jest wyjątkowo drogie i naprawdę zwykłe pokoje zaczynają się od 2000 peso. My jak się później okazało mieszkaliśmy w domu letniskowym bardzo zamożnego filipińczyka, który zagląda tu jak są zawody rybackie. Przez resztę czasu dom stoi pusty opiekuje się nim jedna rodzina, a wczasują się tam tylko turyści z polecenia lub znajomi właścicieli. Tu specjalne podziękowania dla naszych znajomych. Na bookingu nie znajdziemy tej kwaterki.
Zostaliśmy tam osiem nocy i to wystarczyło ażeby zakochać się w tej wyspie. Oczywiście na razie się tam nie przeprowadzimy bo uwaga: na 5 większych miejscowości rozsianych po wyspie jest jedna apteka, szkoła dla naszych córek jest jeszcze w budowie a to jak wiadomo jest dla nas priorytet. Ceny za wynajem domku potrzebnego dla naszej czwórki niestety by nam strasznie zawyżyło miesięczne wydatki, a na to nie możemy sobie pozwolić.
  W sumie osiem wspaniałych dni codziennie inna plaża do odwiedzenia: plaża Magpupungko oferuje baseny skalne w czasie odpływu morza, miejscowość Santa Fe i jej plaże, Pacifico Beach, tu mamy ogromne fale, Alegria Beach to dla zakochanych i inne które mogę polecić wszystkim którzy zdecydują się ją odwiedzić. Żeby było najprościej to zaraz po przyjeździe udajemy się z miejscowości Dapa do General Luna. GL to jest takie turystyczne miasteczko jak u nas Santa Fe i w innych miejscowościach białych nie spotkamy, chyba że są fajne plaże i ktoś zapuści się skuterem na rozpoznanie wyspy.
  O piątce polaków mieszkających na stałe na pewno usłyszycie, zresztą jest duża szansa że własnie od nich wynajmiecie skutery bo po co dorabiać obcego skoro można swojego. A przy okazji macie większe szanse na poznanie mało odwiedzanych miejsc, bo oni je znają a miejscowi nie zawsze się tym chwalą.
 Ja osobiście dodać muszę że urzekła mnie plaża w Santa Fe, nie tym gdzie mieszkamy, ale tam na Siargao mają taką samą miejscowość o tej samej nazwie :). Tu to tylko rurka maska i płetwy, nie ma fal woda nie uwierzycie ale od 35 stopni w górę. Dla mnie bajka, są domki przy plaży do wynajęcia. Z tym że pamiętać trzeba to jeszcze wioska za wiele tam nie ma, a do G Luna na balety jakieś 12 km jak dobrze pamiętam.
 Tak zielonej wyspy i tak czystej jeszcze nie widzieliśmy, ciężko było spotkać pustą butelkę plastikową wyrzuconą na pobocze, w sklepach przeważają torby papierowe wiec następny problem z głowy. Dochodzę do wniosku że najbardziej brudzą Filipińczycy na gościnnych występach i turyści.



taras w naszym homestay-u jako ciekawostka powiem że skacząc z pomostu mój głebokościomierz na ręku pokazał 6 metrów a nie dotknąłem dna :o


Pierwsze zdjęcie w poście też jest z tego samego miejsca . Takie zachody słońca mieliśmy codziennie


Po wyspie śmigaliśmy dwoma Hondami Beat wypożyczonymi od naszego rodaka Marcina po 300 peso za  dzien sztuka


Kuchnia w naszym domku full wyposażona, a tak zapełnionej lodówki nie powstydził bym się w Polsce.


Sprzęt wędkarski ale tylko na grube ryby typu żaglice, tunczyki itp wielkie stworzenia


Kącik telewizyjny który opanowały nasze córki z 50 kanałami


nawet nie wiem jak połowa tego się nazywa :) , ale na pewno jest to związane z tymi połowami


Gdzieś tam w wysokich dolinach :)


widoki przecudne




Powyższe trzy fotki to plaża i woda w Santa Fe cud, miód


następna plaża, nie pamiętam nazwy. Ale taras z którego robię zdjęcie ma oryginalną nazwę "Widok za milion  baksów " zdjęcie tego nie oddaje, lecz widok na żywo już tak
 

i następna plaża Alegria na samej północy wyspy tu już tylko lokalni w liczbie widocznej na zdjęciach


Atrakcja turystyczna :) wodospad znajduje sie też na północy wyspy i jest bardzo dobrze oznaczony przy drodze głównej nie sposób go ominąć.


 znowu dwa zachody  :)



tak tak jest egzotyka są węże, bywają warany tylko małp nie widzieliśmy


Śniadanie a raczej kawa z moją druga połową :)


Czy biali wzbudzają sensację. Nie, ale dwie białe dziewczyny w wieku ok 10 lat już tak



Jesteśmy w miejscu gdzie próbuje przywrócić się krokodyle do ich naturalnego środowiska, jedyne miejsce na wyspie gdzie bałbym się wejść do wody



I następna atrakcja podziemna rzeka, przejście jaskinią stopień trudności b.duży dla mojej żony my z dziećmi nieźle się uśmialiśmy. Choć całe przejście trawa może 20 minut naprawdę fajna przygoda


Trybuna dla sędziów w czasie zawodów surferów, poniżej widok z trybuny



a to ich oaza lub mekka tu się uczą, pija, kopulują :o


I w tym momencie mógłbym zakończyć wpis o Siargao, ale niestety zdjęcie poniżej przedstawia nas uśmiechniętych przed wejściem na prom. Jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy że będzie tak cięzko .

Po przepłynięciu z Siargao na Siuragao dowiedzieliśmy sie że trasa która tu przypłynęliśmy z Cebu jest wkupiona na następne dwa dni. A że prom odpływa o 19 wiec musieli byśmy gwizdać trzy pełne dni. Oczywiście mapa w ruch jakaś informacja od lokalsa i juz pędzimy do portu Lipata, który jest około 12 km na północ od Siuragao. Dojechaliśmy. Jest nawet prom który nas interesuje do San Ricardo, ale co z tego skoro Kaśka stoi godzinę w kolejce a nie przesunęła się nawet o centymetr.


Filipiny rządzą się swoimi prawami i kolejka jest, ale każdy nowy wpycha się bez kolejki. Żona grzecznie informacje mi przekazała, ale ja już grzeczny dla Filipów nie byłem :) dałem upust mojej adrenalinie i pani obsłużyła nas bez kolejki. Pewnie wszyscy sobie pomyśleli jaki ze mnie burak, ale wiecie co? mam to gdzieś. Nie będę stał jak pała z dwójka dzieci i czekał, aż łaskawie pani z okienka sprzeda bilety wszystkim którzy jej wciskają parę peso w kieszeń. No dobra bilet jest wsiadamy na prom i ruszamy całkowicie w nieznane. Nowa wyspa, nowa trasa, wszystko nowe :). Dopływamy do San Ricardo udaje nam się złapać autobus do Sogod. Jest ciemna noc, kierowca pędzi jak oszalały, każdy się w duchu modli a moja córka wypala że musi do toalety. Pytamy biletera kontrolera czy planowany jest jakiś postój, a on że to tylko około 3 godzin i postojów brak. No dobra obmyślamy plan jak jej ulżyć i w momencie kiedy robię jej parawan z ręcznika autobus staje wysadza kogoś. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić Karolinę bach za okno ja za nią, Kaśka w krzyk żeby nie odjeżdżał i dopiero jak biedactwo załatwiło swoją potrzebę na poboczu przy wszystkich, konduktor podał mi ja z powrotem przez okno. Taki hardcore zdarza nam się bardzo rzadko. Udało się dojechaliśmy do Sogod, ale tu psy dupami szczekają nic nie ma, wiec szybko kilku pasażerów włącznie z nami daje extra kasę za extra kurs i lecimy do następnej miejscowości. Miejscowość Bato wysiadamy wszyscy na przystanku a tam szczury ganiają koty: o tak tak nie na odwrót. Masakra przed nami jeszcze droga do Ormoc. Jest środek nocy i mini van pojedzie za holendarną cenę. Wszyscy szukają chętnych na kurs żeby było taniej. O 2 w nocy jak już się ułożyłem spać koło jakiejś filipinki na ławce przychodzi córka i mówi że kierowca ma komplet i możemy jechać. Do Ormoc dojechaliśmy na 3,30 z marszu poszliśmy do hotelu. Mogli byśmy pociągnąć podroż dalej i pojechać do Palompon,  ale Ormoc jest sporym miastem wiec postanowiliśmy zostać tu jeden dzień żeby zrobić zakupy.
  Dwie doby później płynęliśmy już z miejscowości Palompan na wyspie Leyte do miejscowości Polambato na wyspie Cebu


Gdzieś tam przed nami jest Cebu :), towarzyszy nam parka jakichś ptaków które lecąc przy statku wyłapują wystraszone rybki. Po dopłynięciu czuliśmy się jak u siebie choć prze nami jeszcze podróż trajkiem do następnego portu Hagnaya i już wtedy na naszą wyspę Bantayan.


Trasa czerwona to trasa którą wybraliśmy ze względu na stopień trudności. Czyli długo ale bez stresu,
kolor niebieski jak dobrze wystartujemy to jeden gwizdek umęczymy się, ale czy będziemy szybciej nie gwarantuję. Za to nie ma takiego oblężenia i jest duża szansa że będzie to przygoda życia :)


Kontakt

Pitchers@hoga.pl

fb/koziolkiwazji