sobota, 1 października 2016

Tajlandia Ko Muk albo Koh Mook

Hej hej helo


Nie możemy spełnić marzenia mojej żony (myślałem że to ja jestem jej marzeniem) o zobaczeniu wyspy Koh Lipe ponieważ jest teraz pora deszczowa i prom na tą wyspę kursuje raz w tygodniu zdecydowaliśmy się zatrzymać na wyspie Koh Mook . Żeby się tam dostać można to zrobić na trzy sposoby samolot, pociąg lub autobus. Cenowo wyjdzie podobnie jeśli samolot zarezerwujemy odpowiednio wcześniej. Z dnia na dzień nie liczmy na okazje bo takowe nawet tu nie bywają. My wybraliśmy autobus. Ten środek transportu chyba jest najtańszy a że my podróżujemy bez żadnych ram czasowych więc nam to odpowiada. Żeby nie przepłacać  za taksówki podjęliśmy decyzję że na dworzec autobusowy Sai Thai Bus Terminal, który znajduje się na totalnym zadupiu udamy się lokalnym transportem. Opracowaliśmy trasę w necie porobiliśmy zdjęcia, sprawdziliśmy autobusy i myśleliśmy że nic nas nie zaskoczy. Jednak po dojechaniu kolejką na właściwy przystanek przy Victoria Monument udaliśmy się na przystanek autobusowy i oczy wyszły nam  z orbit. Cały misterny plan poszedł w .... to co ustaliliśmy w necie miało się nijak do rzeczywistości z  8 autobusów które miały jechać na bus terminal nie jechał żaden, w ogóle inne nr autobusów po prostu masakra.
 te nam pasowały co są u góry, a takie były na przystanku


Wiecie jak się podróżuje z ukochaną i plecakiem to można potraktować to jako przygodę, ale jak się podróżuje z żoną, dwójką dzieci i bagażem jak dla wielbłąda to można się wku...ć. Na  szczęście jakaś Tajka się nad nami zlitowała i wytłumaczyła gdzie mamy się udać zanim się pozabijamy (ona nie wiedziała że my się bardzo kochamy). Finał był taki że musieliśmy przejść się jakie 400 metrów na inny przystanek z którego już szczęśliwie odjechaliśmy na Sai Thai Terminal bus. Cena za przejazd z centrum na bus terminal to ok 20 zł stosunkiem do 70 zł które zapłaciliśmy za taxi w zeszłym roku okazała się być warta podjętego wyzwania.


Dworzec Sai Thai Bus wielki jak nasz centralny w Wa-wie  w sumie to trzy poziomowy sklep z dobrymi cenami i na pewno ponad 60 stanowiskami dla autobusów rozwożących pasażerów po całej Tajlandii. 

Ponieważ jest to najniższy sezon bilety dostaliśmy od ręki. Na dodatek byliśmy pierwszymi pasażerami więc wybraliśmy sobie najlepsze miejsca. Dodatkowo dzieci dostały zniżkę i w sumie zapłaciliśmy ok 200 zł za całą rodzinę za bilet do Trang-u odległość 836 km dla nas bomba. Wszystko to oczywiście jest możliwe jeżeli odwiedzimy ten bus terminal w środku pory deszczowej . Gdzie przez trzy godziny oczekiwania widzieliśmy tylko jedna parę białasów.  OK wystarczy Bkk i dworca autobusowego skupmy się na tym co było dalej, autobus co prawda odjechał godzinę później niż powinien i do mety czyli Trang-u  dotarł 2,5 godz później.  


Nam to nawet pasowało dłużej pospaliśmy i nie musieliśmy w Trang-u siedzieć na dworcu od 4 rano tylko od razu ruszyliśmy do biura wykupić transfer na wyspę Ko Mook . Udało się mamy bilety i luźne ponad 3 godz. Nasze zwłoki spoczywają w jednej z niedalekich knajp gdzie pijemy kawę jemy śniadanie i głupio się uśmiechamy choć wyglądamy jak zombie, no może nie dzieci one są nie do zabicia. 


O 11.30 wsiadamy na pick-upa  i myśląc że nic nas już nie zaskoczy wstąpiliśmy w stan alfa lub beta jak kto woli. Niestety tym samym środkiem lokomocji podróżowała z nami najprawdopodobniej Niemka (nawet nie mieliśmy ochoty się dowiedzieć skąd jest), która mieszka na Koh Muk kilka lat i jest nauczycielką w tutejszej szkole. Z nutą wyższości w głosie strofowała nas jakie mamy robić zdjęcia i widać było że chce pokazać jacy to jesteśmy beznadziejni. Próbowała  nas na siłę uszczęśliwić  szukając nam hotelu i wmawiając że we wszystkich resortach nie ma pokoi z dwoma osobnymi łóżkami i nie ma cen niższych niż jakaś tam kwota. Zlaliśmy ciepłym moczem babsko i sami znaleźliśmy hotel przy plaży z dwoma pojedynczymi wyrkami za cenę nam odpowiadającą. Swoja drogą to przykre, że ta pani pracując na wyspie i pewnie mając emeryturę w swoim kraju musiała jechać na ląd po jedzenie bo na wyspie bardzo drogo jak nam wmawiała.

Nasz hotel zwie się Koh Mook Resort. Może nie jest najwyższych lotów ale dużym plusem jest to że jesteśmy tu całkiem sami i ma basen bo chwilowo morze jest wkurzone w porze deszczowej. Poza tym na całej wyspie jest może max 10 białasów. Czy tu jest fajnie? To zależy kto co lubi. My nie lubimy tłumów i nam się podoba. Wyspa mała można sobie pospacerować, plaże  na razie widzieliśmy trzy, ale tylko jedna jest naprawdę super: długa, szeroka, biała, czysta i pusta (pewnie w sezonie jest tu koszmar).


Trzy czwarte hoteli pozamykane knajpki dopiero przygotowują się na tłumy turystów, ceny przystępne obiad dla naszej czwórki  od 25 do 40 zł za wszystkich z napojami, bez alko. Szanse na zwiedzenie okolicznych wysepek małe, wyjdzie po prostu za drogo jak nikogo nie można dokopsować do grupy. Co by nie mówić jest sympatycznie może trochę opady deszczu mieszają nasze plany plażowe. Ale musimy  się pochwalić kreatywnością  :) zamiast oddawać pranie do tutaj tak modnych pralni zdecydowaliśmy się na zakup własnej pralki (wiadra)

które kosztowało mniej niż pranie jednego kilograma w tutejszej pralni (już widzę jak zaczęliśmy oszczędzać) a rzeczy do prania potrafimy naprawdę szybko produkować. Nie przewidzieliśmy jednego małego szczegółu. Jest pora deszczowa i wilgotność bliska 100% więc nasze pranie schnie wszędzie przed domkiem, w domku a i tak pewnie zapakujemy na wpół mokre do bagażu. 

Następnym ważnym gadżetem  zakupionym przez nas jest tasak który służy nam do otwierania znalezionych na spacerach kokosów . Na razie otworzyliśmy dwa, jak otworzymy jeszcze cztery to nam się zwróci zakup i cała reszta kokosów będzie już w gratisie :)))))))
To moje dłonie i bardzo się o nie boje :), na dole też ja jeszcze bez opalenizny :)

Po dokonaniu najważniejszych zakupów  resztę czasu na wyspie poświęcamy na zapoznanie się z tutejszymi ludźmi i zwierzakami których jest tu bez liku a moje dziewczyny obrały sobie za punkt
honoru nadać wszystkim czworonogą imiona, nie wiem jak one je wszystkie pamiętają.


Powoli będziemy się zbierać z tej wysepki, zauważyliśmy bardzo duże zmiany. Pora deszczowa zbliża się ku końcowi, ludzie na wyspie zaczęli uwijać się jak w ukropie przygotowując się na otwarcie nowego sezonu. Jak tu przyjechaliśmy to otwarty był co czwarty ośrodek. W przeciągu kilku dni większość ośrodków i restauracji zaczęła działać. Od pierwszego października otwierają parki krajobrazowe i jak tylko aura sprzyja można przemieszczać się między wysepkami. 
My skorzystaliśmy z okazji na wycieczkę od razu pierwszego października. Poznaliśmy parę z Niemiec i to  z miasta Munchen do którego czuje sentyment. Wykupiliśmy razem wycieczkę do Emerald Cave plus jakiś tam trip wkoło wyspy. Stawiliśmy się o umówionej godzinie, lecz nasz przewodnik oznajmił że trochę za wysoka woda i musimy przesunąć wypłynięcie o 3 godz.
Nam w to graj 10 minut spacerem do hotelu, dzieci na basen a my z żoną nadrabiamy zaległości :) (tak wiem o czym myślicie, mamy rachunki do po płacenia a ja pisze bloga). O godz 13 spotykamy się ponownie i wyruszamy wszyscy na pomost do łódki. Są dosyć wysokie fale i wiatr. Nasz przewodnik i kapitan łajby nie do końca są przekonani czy powinniśmy płynąć ale jak dowiadują się że wszyscy umiemy pływać zapada decyzja o wypłynięciu. Poza tym Andy i Vans-e z którymi kupiliśmy na spółkę wycieczkę jutro już wyjeżdżają z wyspy. Płyniemy, najwyżej zawrócimy i tu powinienem napisać, że to nie był dobry pomysł ale powiem prawdę mało się nie posra....em ze strachu. Na początku było bardzo miło. Słoneczko, morze raczej płaskie no po prostu bajka. Nawet zacząłem się zastanawiać co miał na myśli przewodnik mówiąc o dużych falach. Zaczęło się po kilkunastu minutach kiedy wypłynęliśmy na pełne morze. Naszą biedną łódką zaczęło tak rzucać, że mieliśmy niezłego stracha. Oczywiście do jaskini nie było mowy żeby wpłynąć z powodu wysokich fal i wysokiego stanu wody. Popłynęliśmy na spokojniejsze wody na snurkowanie. Udało nam się zobaczyć tylko to, ale i tak byliśmy pełni wrażeń i szczęśliwi, że już nie rzuca:


Jest stanowczo za wcześnie na morskie wycieczki. Morze rzucało nami bezlitośnie a widoczność w wodzie może 100 cm lipa na maksa. Przewodnik na koniec chciał nam zwrócić po pare zł, ale ustaliliśmy zgodnie że chłopaki się starali, przygoda była i o zwrocie nawet części kasy, słyszeć nie chcemy (czasami potrafię zaszaleć) Plusem wycieczki było to że Lena została twarzą agencji turystycznej na ten rok (szkoda że bez gratyfikacji finansowej) :)




Lena ustrzeliła maskotkę na jarmarku, ale jak to baba nie wie jaką wybrać.
Kasia przybija piątkę z dziewczynami
Ten jadł szybciej niż moje dziewczyny
 Wybraliśmy się na spacer przypływ nas zaskoczył
 Dziewczyny i ich zwierzaki. Jeden jeszcze nie widzi taki mały.
a tu pięknie odnowiona łąjba

chcesz widzieć więcej znajdź nas na www.facebook.com/koziolkiwazji 

nadal mam problem ze zdjęciami załadowanie ich trwa wieki




poniedziałek, 26 września 2016

Bangkok Wyprawa 2016/2017



Hello, ello
Witamy wszystkich ponownie po około 105 dniach przerwy.
Na wstępie chciałbym wszystkim śledzącym tego bloga serdecznie podziękować. Pewnie nie wiecie, ale napisze wam o tym. Przez cała poprzednią podróż czyli 8 i pół miesiąca mieliśmy ponad 13 tysięcy odsłon (wszystkich odsłon mamy już ponad 21 tyś), jak będzie w tym roku przekonamy się. Wiemy że sporo  tych odsłon to nasza rodzina, ale to głównie dla nich był założony ten blog. Charakter i styl pisania bloga jest taki a nie inny ponieważ pisze go głowa rodziny a szyja czasami sprawdza tylko błędy. Wszelkie sugestie dotyczące zmiany stylu będą ignorowane J. Zapraszamy bardzo do śledzenia naszych dalszych przygód, w tym roku będą one nie mniej ekscytujące niż poprzednie (taką mamy nadzieję). No to na tyle z powitania.
Z ciekawostek napisze tylko że na poprzedniej podróży wykończyliśmy 3 amatorskie kamery podwodne, utopiłem jeden nowy telefon, drugi nowy nam skradziono, jeden tablet dziewczyn nie dotrwał nawet do połowy podróży i na koniec perełka dla tych wszystkich którzy nam źle życzyli. Zakupiony, piękny,  nowy aparat Cannon z fajnym, nowym obiektywem też poznał smak słonej wody i stoi teraz w pokoju jako eksponat J. Ale żeby nie było pozbieraliśmy się  już po tych stratach i zakupiliśmy bardziej odpowiedni sprzęt do naszych potrzeb. Aha  budżet nieznacznie przekroczyliśmy, ale to nic w tym roku zaoszczędzimy na jedzeniu będziemy sami  polowali i się wyrówna.

Wyjazd do BKK (Bangkok)
Mając całe wakacje dla siebie dzieci były u babć na zmianę, zamiast wszystko sobie naszykować to pracowaliśmy od świtu do zmroku. Pakować zaczęliśmy się dwa dni przed wylotem i o dziwo poszło sprawnie. Wszystko pokupowaliśmy praktycznie w necie więc nie traciliśmy czasu na shopping. Dzień wylotu  bardzo miły bo na lotnisku żegnały nas siostra i mama żony (teściowa).

Miło było do czasu ważenia bagażu. Kto by pomyślał że owinięcie folią bagażu podnosi jego wagę ponad 5 kg ;) ale pani z linii Aerofłotu  bardzo miła przymknęła oko na nadwyżkę. Ok odprawa bagażowa za nami dalej to już jak w monopolowym flaszeczka na strefie bezcłowej zakąska (M&M tudzież gumisie na wyrównanie ciśnienia w uszach)   i do samolotu.  No i tu miłe zaskoczenie od  dłuższego czasu latamy na trasie do Azji i tym razem zdecydowaliśmy się na przewoźnika którego wszyscy znają aczkolwiek unikają  Aeroflot. Cała flota maszyn na tym kierunku po wymieniali i nasze złe wspomnienia z 2007 roku kiedy to lecieliśmy Aerofłotem do Indii poszły w niepamięć. Dodam że panny z personelu pokładowego (oczywiście je też wymienili na młodsze) zajęły  b.wysoką ocenę z zachowania się i prezencji w jakimś tam rankingu jakiegoś tam biura w moim zresztą też. Ale wróćmy do tematu lotnisko w Moskwie może nie najpiękniejsze ale  naprawdę na  wysokim  poziomie (wifi za darmo i łatwo się zalogować).

Mogę śmiało powiedzieć że Aerofłot wyrobił się jak gó… w betoniarce dorównując  na pewno do poziomu  o  wiele bogatszym  liniom arabskim (a cenami za niektóre artykuły nawet je przeskoczył). Dla mnie 4+ bo jak to bywa zawsze coś można poprawić. I tu trafiamy w sedno sprawy: w czasie startu  już z Moskwy do BKK  zablokowałem sobie monitor i mimo że ze 3 razy prosiłem o pomoc personel  to niestety jako jedyny w całym samolocie przez kolejne godziny lotu miałem migający obraz (jak pech to pech) a później bolała mnie szyja od zapuszczania żurawia w monitor żony. Dzieci nie chciały oddać swoich monitorów bez walki więc odpuściłem:)
Dolot, lądowanie odprawa w BKK bez fajerwerków jesteśmy jednymi z milionów tu przylatujących wiec zwyczajnie: dzień dobry, paszport proszę, zdjęcie do albumu służb tajskich, wiza, kopa w dupę następny proszę. Transport  do city opisany poprzednim razem taniutko metrem bez stresu pod sam hotel. Hotel jak każdy w Bkk może poza metrażem wzięliśmy sobie 34 m2 nie wyróżniał się niczym, no może widok z okna, ale jak bierzemy opcje z Agody to też się nie dziwmy jest taniej w zamian za np: kiepski widok z okna.

Zwiedzanie BKK  co tu zwiedzać jak jest się 5 czy 6 raz. Piwko w dzielnicy rozpusty (Patpong) w godzinach jeszcze w miarę przyzwoitych żeby córki nie podłapały o co tam chodzi i lulu. Jeden dzień luźny i już wiemy co chcemy zobaczyć słynny  na całym świecie bazar który składa się i rozkłada na czas przejazdu pociągu (bynajmniej bardzo ciekawie to wyglądało w TV na jednym z kanałów) w miejscowości Meaklong jakieś 60 -70 km od Bangkoku . 


No wiec rano pobudka jeszcze nie zaaklimatyzowani wstaliśmy o 10. O 11 startujemy na  kolejkę dojeżdżamy do stacji  Wongwian Yai za ok 31 thb . Udajemy się na dworzec  kolejowy o tej samej nazwie jakieś  może 500 metrów dalej Wongwian Yai Railway Station. Kupujemy bilet do  Mahachai Railwaya 10 thb i jedziemy około godziny, następnie wyskakujemy.  Jest koniec torów, walimy prosto z buta na prom jakieś 3 min spacerem bilet za 3 thb i przepływamy na drugą stronę rzeki, od ręki po wyjściu z tz. rękawa walimy w prawo na następny dworzec  kolejowy Ban Laem Railway Station. Wtedy kupujemy ostatni potrzebny nam bilet do Meaklong za 10 thb  i jesteśmy na miejscu . Tak wygląda  teoria w  praktyce  pierwszy pociąg którym jechaliśmy z BKK opóźnił się 10 minut i jak przepłynęliśmy rzekę, nie wyrobiliśmy się na jeden z 3 pociągów do Meaklong. Zabrakło nam 7 minut, a tak dobrze nam szło. Następny odchodzi za kilka godzin ale nie to jest problemem. Niestety jak nim pojedziemy nie będziemy mieli czym wrócić do BKK i to dopiero może być problem a już na pewno może nas to dużo kosztować. Niestety nikt tutaj nie mówi po angielsku więc ze spuszczona głową wracamy na prom. 

Podczas krótkiej przeprawy wpadliśmy na genialny pomysł dojechania na bazar jakimś innym środkiem lokomocji. Po niezbyt długim poszukiwaniu i zaczepieniu kilku tubylców znaleźliśmy busa do Meaklong cena 50 tbh. Dojechaliśmy  w ostatniej chwili. Za 20 minut odjeżdżał ostatni pociąg tego dnia. Kupiliśmy bilety, zrobiliśmy parę fotek na torach i zajęliśmy miejsca do filmowania. Kasia i Lena z przodu (wepchnęły się do kabiny motorniczego) a ja z Karolą z tyłu. Materiał filmowy  będzie dostępny w późniejszym terminie na youtube , ale jak mogę się wypowiedzieć to to co profesjonalnie poskładali w Discavery  w rzeczywistości jest mniej imponujące. Ale nieważne byliśmy zobaczyliśmy nikt nam tego nie odbierze. W pociągu znowu byliśmy jedynymi białymi :) Wróciliśmy późno do BKK z postanowieniem że jedziemy na południe. Gdzie jeszcze nie wiemy. Udamy się na dworzec autobusowy i los za nas zadecyduje :)))
Tajlandia chyba nas już nie jara choć jedzenie mają najlepsze.


Ps. Już dojechaliśmy dokładnie 864 km w/g  nawigacji ale o tym następnym razem

trochę fotek

 no żyją jak nasi cyganie
 pociąg 3 kasy niewiele sie różni od naszego starego żółtka
 dzieci gonią odjeżdżający pociąg
 takie tam z córką
 Lenka dorwała maskotkę
 za chwilę ruszamy :)
 moja nowa zabawka do rejestrowania naszej przygody

 w oczekiwaniu na brykę
 lotnisko w Moskwie
 nasz dobytek na 8 i pół miesiąca
no oczywiście Lena już dorwała jakiegoś sierściucha



muszę się rozkręcić jestem taki jakiś niemrawy 
pozdrawiamy


a tu powitanie pisane jeszcze w Polsce na wyjeździe napisałem już całkiem nowe
 może ktoś ma ochotę przeczytać :)

Co by nie tracić czasu na pierdoły zapraszam wszystkich do dalszego śledzenia naszej następnej spontanicznej wyprawy do Azji i  przez Azję. Jeżeli kogoś interesuje plan naszej podróży  no to niestety pierwsze rozczarowanie , planu tak jak w ubiegłym roku brak . Są za to chęci na zwiedzenie co najmniej 3 krajów . I tak krajów tranzytowych nie wymieniam no chyba że wylądujemy w Tajlandii na wyspie na której jeszcze nie byliśmy, albo w Malezji znajdziemy coś lepszego niż wyspy Perhentian o których  nie da się zapomnieć. W skrócie podróż ma wyglądać tak Indonezja -Filipiny-Australia-Indonezja. Jak się domyślacie rzeczywistość to już inna inszość, jedyne co jest pewne to czas zostajemy minimum do końca maja 2017 roku. Następne święta spędzone w krainie czarów ( tym razem udało nam się kupić opłatek na wigilię ).
Dla nowych czytelników  przypomnę tylko że jesteśmy czteroosobową rodziną w stylu
2 + 2  córki maja 9 i 7 lat generalnie już się przyzwyczaiły do takiego stylu życia, uczą się wszystkich języków jakie spotykamy w czasie podróży.
Uprzedzając wasza następną myśl odnośnie tego skąd mamy forsę na tak dalekie i długie podróże
odpowiem wam jesteśmy po prostu ciułaczami którzy po kilku wizytach w biedniejszych krajach stwierdziliśmy że dobra doczesne nie są nam aż tak bardzo potrzebne, jedni wolą nowe auto inni większe mieszkanie my poszliśmy w całkowicie drugą stronę. Wielki dom zamieniliśmy na 30m2 w wielkiej płycie, auta mamy  wysłużone a każdą zarobioną złotówkę cierpliwie odkładaliśmy na konto.  Powiecie  niemożliwe a jednak jesteśmy tego żywym  przykładem i cała reszta podróżujących ludzi których spotykaliśmy w czasie naszych wędrówek też.
Pozwolę sobie wrócić jeszcze myślami do poprzedniego wyjazdu. Bez wątpienia było to najwspanialsze ponad 8 msc naszego życia. Choć bywały chwile ciężkie jak np: młodsza córka nie mogła złapać uciekającego w głębiny  żółwia albo było za mało kotów na wyspie  :) itp zdarzenia.



poniedziałek, 30 maja 2016

Nasze pomysły-nie zawsze najlepsze

Hej

Wyjeżdżając z wysp Perhentian wpadł nam do głowy pomysł ciekawy acz nie do końca przemyślany. Ale od początku: postanowiliśmy że skoro nie zaliczyliśmy dżungli to możemy sobie przejechać przez nią pociągiem. W tym celu z  wyspy Perhentian  dotarliśmy na ląd do Kuala Besut żeby było tanio poczekaliśmy na public transport do Kota Bahru. Udało się, ale wycieczka rozciąga się w czasie a my nie mamy rozkładu pociągu więc zaczynają się małe nerwy. W internecie informacji jak na lekarstwo, żeby nie było niespodzianek decydujemy się na przejazd z Kota Bahru do Tumpat. Jest to stacja początkowa pociągu więc jesteśmy pewni że kupimy bilety i będziemy mieli miejsca siedzące. Dodać trzeba że nas interesował tylko pociąg dzienny, bo co to za obserwowanie dżungli w nocnym. I tak oto do Tumpat dotarliśmy o 21 wieczorem a pociąg odchodzi o godz 4.20 więc decyzja jednogłośna jest ciepło zostajemy na dworcu, może ścian nie ma ale dach nad głową mamy. O godz 22 rozszalała się taka burza że siedzieliśmy w kącie i modliliśmy się o koniec deszczu. Ustąpił po jakiejś godzinie, jeszcze tylko wizyta w spożywczym i można się rozłożyć na krzesełkach :-). Dzieci zasnęły ale my nie bardzo, i w tym momencie już wiedzieliśmy że to najgłupszy z naszych pomysłów. Później nie było lepiej pociąg podstawił się o 4 rano, my ucieszeni rach ciach do środka a tam zimna i powolna śmierć czyli klima. Matko boska powyciągaliśmy wszystko co mieliśmy w bagażu i jakoś przetrwaliśmy do 11 czyli pięć godzin. Jak już zrobiło się przyjemnie pociąg utknął na stacji Gua Musang o godz 11.15 i miał nieplanowany postój na bocznicy prawie 3 godziny. Dobrze, że stację wczesniej wyskoczylismy i kupilismy kilka porcji ryżu. Wiadomo jak pociąg nie jedzie to i spać się nie chce dzieci nasze chodziły prawie po ścianach z nudów, a zapomniałem napisać że pociąg był pusty w wagonie byliśmy sami i jedna młoda dziewczyna. Ruszyliśmy  około godz 14 czekając niecierpliwie na piękne widoki za oknem, i co zasnęliśmy jak bobry przeoczyliśmy cały widok na Taman Negara :-( niech to jasny gwint byłem wściekły. O 16 dotarliśmy do Kuala Lipis koniec męczarni pociąg kończy bieg, spadamy do hotelu bierzemy porządny nocleg i dnia następnego autobusem pędzimy do KL. Z ciekawostek napiszę tylko tyle że z  Tumpat do Kuala Lips jest 294 km , pociąg potrzebował 11 i pół godz a bilet kosztował 9 zł dorosły a 4,5 dziecko a co taniutko :-).
Bo oszczędnym trzeba sie urodzić (a może głupim bo napewno nie chytrym)

Jesteśmy w Kuala Lumpur 5 czerwca wylot pozdrawiam

    stacja bohater powyższego opowiadania

    mała rewia mody

    Lenka zasneła nam sie nie udało

    całodzienny rozkład jazdy tak tylko 4 odjazdy na dobe

    Na takich stacjach stawał nasz pociąg

    zdjęcie z bocznicy w Gua Musang